środa, 4 października 2017

Powrót ?:))) i o tym, co najważniejsze...

Witajcie :)
Jestem ponownie, ostatni post z czerwcową datą dał mi do zrozumienia, że życie toczy się za szybko i pewne sprawy muszę trochę zaniedbać, aby czas, który jakoś tak coraz bardziej się kurczy,  poświęcić tym najważniejszym... a w tym wypadku to oczywiście moich 4 panów :)
Od czerwca tyle się wydarzyło, że trochę trudno streścić to w paru zdaniach, ale postaram się co nieco przekazać, nie pisząc nowej epopei narodowej :)

Przede wszystkim za nami wakacje, które minęły jak sen jaki złoty.... Udało nam się rodzinnie wypocząć nad naszym morzem, nawet pogoda dopisała,  a pierwsze chwile Bartusia na plaży - bezcenne :)

Tyle tylko że ja chyba zupełnie nie umiem już wypoczywać poza domem, mniej więcej od połowy pobytu odliczałam dni do powrotu i myślałam, ile w domu i ogrodzie czeka na mnie pracy :))) No chore jakieś to jest, jetem tego świadoma, ale nic nie poradzę :)







 Tak więc najbardziej cieszyłam się z tego czasu, jaki spędziłam we własnym domu i ogródku, a pogoda na południu Polski dopisała w te wakacje :)
Było zatem podlewanie, pielenie, nowe nasadzenia, dużo spacerów, odwiedzin znajomych, grillów, wieczorów na tarasie... Było też dużo czasu dla siebie i bliskich, takiego niespiesznego bycia razem i celebrowania czasu...

 Wiem, że zabrzmię teraz jak 90-letnia staruszka, ale naprawdę tak jest, że z wiekiem bardziej zaczyna się doceniać chwile, migawki i umykający czas, wczesne dzieciństwo starszych synów było dla mnie takim poligonem doświadczalnym i czasem, kiedy udowadniałam innym i sobie, że dam radę, że jestem super mamą i żoną, z zawsze gotowym na czas obiadem, wysprzątanym mieszkaniem i czystymi dziećmi, z czym wiązał się oczywiście większy stres i niepokój i na pewno mniej doceniałam te ulotne zdarzenia, pierwszy uśmiech, krok, słowo.... , a na pewno nie miałam tyle czasu i siły, aby skupić się na tym, co właśnie było najważniejsze: wszystkie te pierwsze w życiu czynności moich dzieci...
Teraz zupa może się przypalić, grządki zarosnąć, a obiad być 2 godziny później, Bartuś biega z brudną buzią, wiem, że od tego świat nie zginie, a mam świadomość, że dzieciństwo trwa baaardzo krótko.... Ja do tej pory nie mogę uwierzyć, że mój najstarszy syn to już prawie 1,80 metrowy 13-stolatek....









W duchu celebrowania ważnych rodzinnych zdarzeń we wrześniu świętowaliśmy pierwsze urodziny naszego najmłodszego :)
Pierwszy wspólny rok już za nami, nie mogę wciąż w to uwierzyć....
Mój malutki synek to już duży chłopczyk, świadom coraz bardziej swoich pragnień, radosny i uśmiechnięty, bardzo ruchliwy, (parę dni temu zaczął chodzić, a właściwie biegać):), zadziwiający nas i otoczenie swoją ciekawością świata, pogodnym usposobieniem i apetytem :)
Codziennie przysparza nam wiele radości i dziękujemy Bogu za niego :)








Pozdrawiam wszystkich serdecznie, życząc słonecznej i ciepłej jesieni, bo u nas już pojawiły się przymrozki :(!!!!
Ewa

sobota, 24 czerwca 2017

Zabudowa pod schodami

Witajcie,
Dawno już obiecałam relację z kolejnego projektu DIY w naszym domu, czyli zabudowy wnęki pod schodami.
Dziś wreszcie udało mi się zrobić kilka zdjęć, a zatem kilka słów, jak wykonaliśmy nasz schowek - szafę:)










Potrzebne materiały:

Drzwi lamelkowe sztuk jedna, u nas to 200 cm na 50 cm, kwadratowe belki drewniane do utworzenia ramy i deski boazeryjne, oczywiście jeszcze wkręty, sprzęt do wykonania i dużo czasu oraz chęci :)
Na początku mąż wykonał ramę w kształcie trójkąta, przykręconą do boku dolnych i spodu górnych schodów:
Natomiast na pionowej belce z przodu oprą się drzwi.
Następnie w wyciętych wcześniej rowkach w obu przyschodowych belkach, mąż ułożył docięte na odpowiednią długość deski boazeryjne:



 Rowek zrobiliśmy, ponieważ zależało nam, żeby ścianka dochodziła do stopni.Myślę, że jeśli ktoś nie ma odpowiednich narzędzi do jej wycięcia, deski można po prostu przykręcić do boku belki.

 Tak wyglądała gotowa ścianka od strony schodów.
Niestety nie mam zdjęć dalszego etapu prac, ale był już dość prosty, po obu stronach drzwi, u góry i dołu zamontowane zostały belki, a pozostałą przestrzeń od drzwi do ściany - 30 cm szerokości, mąż wypełnił  deskami boazeryjnymi, przykręconymi do belek u góry i na dole.
Potem już tylko malowanie, uszczelnienie akrylem i gotowe :)

Wiem, że opis jest dość  lakoniczny, jeśli ktoś miałby więcej technicznych pytań, to zadawajcie śmiało w komentarzach, a ja postaram się odpowiedzieć, po konsultacji z mężem :)

Obok schowka znalazła się jeszcze szafka na moje buty :), półka i wieszak oraz stołeczek do "przysięścia" :)
Dodam tylko, że szafka na buty była w brzydkim, żółtym kolorze drewna, którego nie lubię, pobieliłam ją wiec białą farbą akrylową rozcieńczoną wodą w stosunku 1:2, na zdjęciu poniżej widać różnicę, choć w rzeczywistości kolor po bieleniu jest bardziej " drewniany" jak na zdjęciu, najlepiej widać go na zdjęciach całej szafki:

 A wcześniej miejsce pod schodami wyglądało tak:
NO dobrze, tak było tylko na zdjęciu, wraz z upływającym czasem, ten kąt zapełniał się wszystkim, co w danej chwili nie było potrzebne: wózek, fotelik, pampersy, dywany, sezonowe buty i ubrania, zabawki dzieci... czyli robił się jeden wielki bajzel.. W tej chwili oczywiście wszystkie te przedmioty nadal tam są, ale już ich nie widzę :) Rozumiecie zatem, że zdjęć wnętrza na razie nie będzie :)

To tyle na dzisiaj, pozdrawiam ciepło i życzę radosnych i słonecznych wakacji :)
Ewa

Na zdjęciu:
szafka na buty: jysk
wieszak: leksvik ikea
wsporniki pod półką: domex
drzwi lamelkowe i belki: castorama
koszyk: pepco


poniedziałek, 19 czerwca 2017

Goździki, róże i instagram :)

Witajcie,
I znowu minął prawie miesiąc od ostatniego posta... Ech, leci ten czas nieubłaganie, zaraz wakacje, na które już bardzo czekamy :)
Praca w ogrodzie, obowiązki domowe, opieka nad maluszkiem, raczkującym już, nota bene, to moja rzeczywistość :) Nie powiem, odpowiada mi taki tryb, choć czasami przydałoby się trochę więcej snu.... Ale nie narzekam :)

Dzisiaj post ogrodowy, z naszego letniego salonu :)
Doczekałam się kwitnących łanów goździków, które polecam wszystkim, raz posadzone, same się sieją, uroczo pachną, ściągają mnóstwo motyli i w zasadzie nie trzeba o nie dbać, a w wazonie stoją tygodniami... rozwijają się pomału moje ukochane róże pnące i wielkokwiatowe... Kwitły również pierwszy raz piwonie i irysy...
Uwielbiam ten czas, gdy mogę już przynosić do domu kwiaty z własnego ogródka :)
Wciąż walczę z mszycami, które pożarły mi cały koper i mocno uszkodziły porzeczki i drzewka owocowe...
Niestety opryski z czosnku nie dały rady, musiałam użyć tych chemicznych...


















 Odmalowaliśmy wreszcie domek dzieci, plan mój był taki, że szarość i biel, ale ponieważ moje dzieci maja już własne zdanie, pomysł nie przeszedł... Uparli się na "drewniany" kolor z jak najmniejszą ilością bieli, to, że w ogóle ona jest, to ich duży ukłon w moją stronę :)
Taki jest zatem końcowy efekt, oczywiście żadne tam kwiatki ani inne "babskie" ozdóbki nie mają prawa na nim się znaleźć, stoi więc sobie taki surowy :)))


A tak domek wyglądał przed malowaniem, 2 lata temu.... na pustej działce :

 I rok temu: już po montażu ogrodzenia... jak widać, nie było tu jeszcze ani krzaczka....



Gdy tak patrzę na dzisiejsze zdjęcia ogrodu, sama nie wierzę, że 2 lata temu wprowadziliśmy się na zupełnie łysą działkę ze zdziczałą trawą.....
Tym bardziej cieszy praca, jaką włożyliśmy w ten nasz kawałek ziemi :)
Pozdrawiam serdecznie wszystkich i zapraszam na instagram, gdzie wreszcie udało mi się założyć konto :)   INSTAGRAM

Ewa